Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 8
ale odmiennego kroju, bo one były przed dwudziestu siedmiu łaty uszyte ówczesną modą. Za to twarz jego była tak pogodna, tak męzka i piękna, jakiej żadna nie wymyśli moda.
Nadeszła godzina dziesiąta, zajechały przede dwór wszystkie powozy z trzaskiem, hukiem. Przesadzali się furmani w zgrabności, a każdy wymuskał i siebie i konie jak mógł najlepiej. Najpierwej zajechała staroświecka kareta żółta, jak pokoik jaki, obszerna, z gałkami świecącemi na wierzchu, z kiecką u kozła sutą, niegdyś błyszczącą haftem i galonami, dziś one już jakoś poczerniały ze starości. Był to ekwipaż mojego dziadka. Karetę ciągnęło pięć myszatych koni, a siwy jak gołąb Wach, furmanił od lat czterdziestu ośmiu na tym samym koźle począwszy służbę, bo ta kareta była ślubną mojego dziadka. Cały tydzień ona zwykle w pokrowcu zawinięta spoczywała, jeno w dni świąteczne wychodziła i to jeszcze w pogodę. Dlatego i wierzyćby trudno, aby lat tyle mogła zakonserwować się tak cało i świeżo.
Wsiedli dziadkowie do karety i mnie jeno wzięli ze sobą. Wach z bata huknął dwa razy, konie potrząsnęły grzywami minnie, i wolnym kłusem pociągły drogą ku Dąbrowie, sąsiedniej wiosce z parafialnym kościołem. Za nami rzędem toczyły się modne powozy wujów i stryjów, i nie długo cała kalwakata zajechała przed kościół, jakby orszak weselny.
W kościele zastaliśmy ludu mnóstwo i szlachty okolicznej kilkunastu. Nabożeństwo odprawiło się niedługo, bo zwykle w Wielkanocne Święta pobożni katolicy spieszą się za nadto i niecierpliwią do święconego jajka. Tak i pobożni proboszcze zapobiegając pokusom, starają się pospieszyć z odprawieniem nabożeństwa. Mój dziadek nie ruszył się z ławeczki dopóki nie skończono śpiewać Anioł pański. Za