Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 5
porządku. Jak tylko skończyła się wieczerza, dziadunio zaprosił do modlitwy.
Wieczór był piękny, pogodny, jaki pewno żadnej Wielkanocy nie poprzedził przedtem. Czuć było już ciepło ożywiające i woń rozwijających się roślin. Dziadek postanowił odprawić to nabożeństwo w kaplicy śgo Jana, co stała nad wielkim stawem za dworem. Kaplica była dosyć obszerna, na środku stał na kolumnie ś. Jan Nepomucen, przed nim za dnia jeszcze z kobierców, świerków, obrazów, ustrojono grób Panu Jezusowi. Pośród kilkudziesiąt lamp, leżał Pan Jezus na krzyżu umarły. Na świerkach zielonych porozwieszane były światła, a cały ten obraz przeglądał się w wodzie prześlicznie, bo kaplica nie miała ścian zamkniętych, tylko kolumny na których wisiało sklepienie. Wieśniacy z całej wioski zebrani byli dokoła kaplicy i koleją wchodzili na kolanach, całować rany Pana Jezusa. Gdyśmy przyszli, dziadunio tak samo w progu uklęknął i na kolanach wszedł nabożnie, a mój ojciec i stryjowie podpierali dziadunia i z kolei całowali Pana Jezusa. Babunię prowadzili znowu zięciowie. Tak wszyscy odbyli kolej, dopiero dziadunio z babką usiedli na boku w ławeczce, roztworzyli książkę i dziadunio zaczął śpiewać drżącym głosem gorzkie żale, pieśń nabożną, a potem wstawał i czytał. Było to długo, bardzo długo, już zupełnie było ciemno oddawna, dopiero gdy skończyli śpiewać pieśni, przyjechał ksiądz, leciwy także, z sąsiedniej wioski, w białej komży i kapie, i odprawił uroczyste nabożeństwo, bo wyjął z grobu Pana Jezusa, a wtedy po łacinie tylko dziadek i moi stryjowie śpiewali i jakiś dziad za kaplicą.
Wujowie ani w połowie nie byli tak pobożni, często szeptali, aż im dziadunio na nosie przygrażał.
Kiedy już Pan Jezus zmartwychwstał, zabierali się wszyscy do domu, dzieci były śpiące, ale mnie jakoś tak było