Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 32
z żoną Rzepichą szykowali posiłek na jutro dla drużyny, a było wszystkiego tak wiele, że można było pożywić tysiące. W mieście stołecznem luda mnóstwo, radzą o nowym panu, wojaki i rolnicy, a zgody żadnej nie masz. Tymczasem wielki głód im dokucza, narzekanie zewsząd słychać, a monarchy nie obrali jeszcze.
— Cóż uczynimy z takim dostatkiem? mówiła Rzepicha do męża: sułek wypełniony i stoły, a jeszcze wszystkie niecki i dzierze mięsiwa pełne, a kołaczy i chleba stosy!?
— Alboż to nam dał to Bóg? co dał — to dał przez nasze ręce dla ludzi! Idź do brzega jeziora, przyciągnij łódkę ku chacie, naładujemy pełno, a jak zorza zaświeci, to zgłodniałym do Kruszwicy zawiozę.
Rzepicha męża posłuchała i łódź obszerną brzegiem od lipy ciągnie, a potem ładują tak pełno, że więcej barka nie dźwignie. Na niebie rumieni się pośród cieniów zorza u wschodu, Piast już wiosłem pędzi łódkę, a nie wie, że w niej z podarkiem gościnnym wiezie i szczęście swoje.
Wczorajszego wieczora bardzo już późno, głodny lud, dłużej postanowił bezskutecznie nie radzić, ale losowi oddać wybór nowego książęcia. Bo jak tu było się zgodzić? Słuchaj — a w jednym kącie ślepy lirnik dzwoni tonami dźwięcznemi, a pieśni miesza do liry dźwięków, o wojewodzie sławnym, co za Odrę rzekę Niemcom orężem zaglądał do ich ziemic i strach od Lackiej ziemi czynił. A tu znowu w mołojców drużynie jak jeleń smukły młodzian, piękny, barczysty, silny, jakby ramiona miał z żelaza samego; dzirytem dąb młody przebił na wskroś, podkowy w palcach zwija jak prątek złotowierzba. A kiedy konia dosiędzie, to w pędzie z ziemi podnosi kwiatki; a kiedy piękne zmarszczy czoło, zda się że piorun na niem zahuczy; a kiedy odezwie się pieśnią, drużynę całą czaruje, a kiedy odezwie się wra-