Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 19
z rybich ości. Ślub mój widać podobał się Bogu, znalazłem litość u ludzi po drodze, zdrowie służyło i stanąłem na Jasnej Górze, pomodlić się przed obrazem Maryi Boga Rodzicy i uczynić spowiedź z całego życia. Może tam znalazłbym był znajomych, nikogo jednak nie chciałem pierwej od was najukochańsi powitać i zeszedłem prawie na te święta, aby was razem uściskać; i w tem była wola Boża !...
Łzy stryjowi popłynęły z oczu, nowe poczęły się uściski.
Nazajutrz cztery młode źrebce kasztany, zaprzężone do ładnego powoziku, zajechały przede dwór z innemi powozami na wyjezdnem do kościoła. Ja z dziadkami siedziałem już w karecie, dziadek wychylił głowę i zawołał:
— Panie Józefie! siadaj do swojego ekwipażu, postarałem się o to, abyś miał na swoje kalectwo wygodę.
Wach palnął z bicza i myszate kłusem pobiegły ku Dąbrowie, a dziadek łzy otarł rękawem.
W owe Święta Wielkanocne, zostałem już na długo u dziadków. Stryj Józef mieszkał przy nich ciągle. Chociaż kaleka, ale czynny z natury, stryj zajmował się całem gospodarstwem, we wszystkiem dziadunia wyręczając; babunia bez ustanku namawiała go do ożenienia, stryj wymawiał się kalectwem, utrzymując, że kaleki żadna panna nie zaślubi.
Ja miałem lat dziewięć, kiedy dziadkowie przyjęli mi guwernera. Był to stary nauczyciel, doświadczony, przyjacielski i tak zaraz pokochali go wszyscy, że był jakoby rodzonym w domu. Po dwóch latach pracy, postąpiłem znacznie w naukach. Kiedy już mogłem wiele rozumieć, wtedy stryj zaczął mi dawać lekcje historyi.