Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 17
sławnej twierdzy na świecie będącej kluczem dla Anglików do Śródziemnego morza. Wiatr zawiał pomyślny i my wzdłuż Atlantyku płynęliśmy do kanału, a potem do ujścia Tamizy i powitaliśmy Londyn. Kapitan zajął się mną szczerze, opatrzył mię we wszystko. Rany moje były wygojone staraniem doktora okrętowego, opatrzony byłem w pieniądze i przyjaciół marynarzy; przez nich zawiązałem stosunki przyjaźni z kilku Anglikami w Londynie, gdzie zabawiłem czas niejaki dla poznania miasta i jego mieszkańców.
Było to na jesień kiedy pożegnałem Londyn i wsiadłem na statek kupiecki płynący do Hamburga. Szczęśliwie zapłynęliśmy pomyślnym wiatrem pędzeni. Mój Boże! już tak blizko byłem domu, a jeszcze miałem cierpieć, jeszcze zdaleka wzdychać. I zaraz stanąwszy w mieście wziąłem się do napisania listu. Ale gdzież go adresować? Nie miałem wiadomości o nikim. Dwadzieścia siedm lat, jakże odmienić musiały i miejsce i ludzi! Ale nowe gotowało się dla mnie nieszczęście, jeszcze nie wypełnił się kielich goryczy! Tyle szczęścia, tyle nadziei po długich cierpieniach, za nadto gwałtownie spadło na mnie. Długo, długo zwyciężało żelazne zdrowie to wszystko. Jednakże co chwila czułem się słabszym. Po obudzeniu z pierwszego snu na stałym lądzie Europy, poczęła się długa i ciężka moja choroba. Wypadki ostatnie za, mocno działały; czułem oddawna gotującą się burzę w moim organizmie. Nie było chwili do stracenia; mam chorować, lub umierać, niech przynajmniej w domowej spocznę zagrodzie. Zdążałem myślą i rachuję dni ile ich na podróż będzie potrzeba. Chcę podnieść się z łóżka aby wyjść na pocztę, nie mogę, słabo mi, głowa od poduszki oderwać się nie chce. Dzwonię, nadchodzi hotelowy służący, posyłam po doktora najlepszego, przychodzi doktór i zaledwie puls pomacał wysyła po cyrulików, puszcza mi krew,