Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 16
poczęła i na świat innem okiem spojrzałem i wszystko było mi jaśniej. Ach! wy nie pojmujecie co to jest przejście z nędzy bez nadziei do szczęścia!
Młodzieniec zaniósł mig prawie do portu. Gdy mijaliśmy kilku Murzynów, tak dumnie spojrzałem na nich, jak nigdy nie spoglądało moje oko. Bo ja chciałem pokazać im całą wyższość europejskiej cywilizacyi, całą potęgę miłości bliźniego. Ale szalony śmiech jedynie powitał młodzieńca obarczonego moim ciężarem. Oj, bo ja tu byłem wyrzutkiem ze społeczeństwa ludzi, moja nędza nawet prawa pośród dzikich nie miała do litości!
Na małej łódce dostaliśmy się do okrętu. Młody mój opiekun w kilkunastu słowach towarzyszom podróży powiedział o mnie. Wnet majtkowie obmyli moje ciało. Doktór i chirurgowie opatrzyli roztwarte rany, a majtkowie angielscy ubiegali się z ofiarami składając dla mnie odzienie. Nakarmiony i napojony po europejsku z całą gościnnością marynarzy, pierwszy raz zasnąłem szczęśliwy, a błogie sny kołysały mig noc całą. Z rankiem, obudziwszy się, przy wygodnem mojem łóżku okrętowem, znalazłem suknie bardzo piękne i wygodne, a nawet szczudło zrobił mi okrętowy cieśla. Opowiadaniami mojemi bawiłem nieraz długie wieczory całą okrętową ludność. Była to fregata angielska, wracała z Indyi tamtejszej do Europy. Kapitan był człowiek poczciwy, a rum spijał jak pacyent leczący się podług nowej metody, wodę. Młodzieniec, mój opiekun, był synem jednego obywatela znad Warty rzeki, bardzo majętny i cnotliwy. Że on miał zamiar zwiedzić jeszcze północne brzegi Afryki, a mnie chciał prędzej uszczęśliwić, wracając do rodziny; oddał mię pod opiekę kapitana okrętu, któremu ufał, i weksel na jednego z bankierów londyńskich, którego waluta miała mi posłużyć na powrót do kraju rodzinnego. A sam wysiadł w Gibraltarze, owej