Domowa zagroda : rysy dziejów polskich w opowiadaniu powieściowém dla młodzieży. cz. 1 (Miniszewski Józef Aleksander)
Strona 13
czarniach nieporównanych. Kilku Francuzów których spotkałem w Saint-Domingo, byli szczęśliwsi ode ranie, bo byli zdrowi i pracować musieli, a więc dostawali strawę i mniej na pastwienie się czarnych w tem zajęciu wystawieni. A ja tułałem się jak żółw na czworgu, nieraz włócząc się od chaty do chaty murzyńskiej, konając prawie z głodu, nim mię kawałkiem chleba opatrzono. A gdy zdrowszy byłem, to na brzegach morskich szukałem szlimaków i żółwi, i z niemi jeszcze kaleka musiałem się gonić, a wielu szybszych było ode mnie. W tej nędzy Bóg i Marya Boga Rodzica strzegli mię, modliłem się i odpędzałem pokusy, w najokropniejszej nędzy nie odebrałem sobie życia. A dusza tak przyschła do wynędznionego ciała, że jej nic wykołatać nie mogło.
Ileżto razy dnie całe nad morzem spędzałem, po lustrzanej szybie bez końca śledząc jakiego okrętu! Tydzień zwodziłem się i na drugi znowu poszedłem, znowu mię los pognał w głąb kraju na zimę, to jest porę dżdżystą, a na wiosnę wlokłem się znowu do brzegów morza gonić żółwie, ślimaki i nadzieję wczorajszą.
Całe moje jestestwo złało się w marzenie o okręcie, i jak żagiel rozpięty myśl żeglowała po morzu, a pchało ją śledzące długie lata oko, a okrętu nie było widać lat piętnaście.
Wlokę się na północ do przylądka do porciku, i zastaję wiadomość że tydzień temu odpłynął statek europejski. Wracam na południe i trzy dni przede mną uciekła angielska fregata; a ja milę do niej trzy dni wlokłem się. Bo trzeba wam wiedzieć, że rany co rok odnawiały się i stawałem się płazem czołgającym.
Dnia jednego znużony głodem zasnąłem. Patrzałem był długo, długo i zdało mi się że maczek jakiś widzę na tle chmurki, łudziłem się długie godziny aż usnąłem. Słońce ku zachodowi skłaniało się kiedy mię głód obudził, głód ten sam